Z wrześniowej wyprawy do Londynu przywiozłem numer „The English Review”, który zawiera esej Crowleya, „Art in America.
Na uwagę zasługuje sam fakt, że Crowley publikował eseje i wiersze na łamach tego pisma. „The English Review” był bowiem prestiżowym miesięcznikiem literackim, założonym w 1908 roku przez pisarza Forda Madoxa Forda (ówcześnie: Ford Madox Hueffer). Czasopismo skupiało się na publikacji nowoczesnej prozy, poezji oraz eseistyki. Znalazły się w nim między innymi utwory Josepha Conrada, H.G. Wellsa, D.H. Lawrence’a, Thomasa Hardy’ego, Ezry Pounda, W.B. Yeatsa, May Sinclair i G.B. Shawa.
Publikacja w „The English Review” oznaczała, że nazwisko Crowleya pojawiało się obok czołowych modernistów, co w pewnym sensie legitymizowało go jako uczestnika poważnej dyskusji o kulturze.
Liczący dwadzieścia stron esej Art in America był pierwszym z planowanej trzyczęściowej serii. Skupiał się na przeszłości amerykańskiej sztuki, natomiast kolejny miał zająć się teraźniejszością, a ostatni przyszłością.
Crowley podejmuje w swym tekście temat kondycji sztuki w Ameryce, głównie porównując ją z tradycjami europejskimi. Twierdzi, że choć historia i przyroda Ameryki (od Yosemite i Niagary po równiny Teksasu i Mississippi) oferują niezwykłą inspirację dla artystów, to rezultatem jest „relatywna sterylność”.
Wyjątki stanowią E.A. Poe i Walter Whitman (uznany później za jednego z prekursorów współczesnej literatury amerykańskie). Crowley zaznacza przy tym, że ten pierwszy – choć genialny – jest „antylokalny”, albowiem osadza swoje dzieła w klimacie „Starego Świata”.
W malarstwie na uwagę zasługują jedynie James McNeill Whistler oraz John Singer Sargent, przy czym Crowley zaznacza, że właściwie nie tworzyli w Ameryce.
Crowley wymienia i ocenia (często bardzo ostro) także tych, których nie lubi. I tak, na przykład, Alexandr Harrison stworzył dwa „znośne” obrazy i to „przez przypadek”. Emerson, chociaż ma szeroki horyzont, to jego warsztat jest wybrakowany. Longfellow ma „sztywny styl” i jego utwory cechuje „płytki optymizm”. Natomiast Marka Twaina, mimo popularności, trudno nazwać wielkim pisarzem.
Autor nie ogranicza się do oceny twórczości literackiej i malarskiej. Odnosi się również do muzyki (MacDowell), rzeźby (nie wymienia tu nazwiska, jednak z kontekstu wiadomo, że chodzi o Michaela Brennera, który w 1909 roku wyrzeźbił popiersie Crowleya), sztuki performatywne (Jenny Lind, Isadora Duncan) oraz w formie dygresji wynalazki i naukę (Edison, Bell, Tesla, Lowell, Weir-Mitchell).
Crowley zauważa, że kulturze amerykańskiej brak „artystycznej duszy”. Za powód uznaje obfitość życia i energii, co uniemożliwia koncentrację na sztuce. Tylko „najstarsze dusze” potrafią przemieniać doświadczenie w sztukę, a takich jest mało. I nawet ci, którzy zasługują na uznanie, pozostawiają dzieło niewielkie objętościowo (np. Poe, którego poezję można by – według autora – „spakować do pudełka na kapelusz”).
Crowley przytacza anegdoty ze swych podróży do Stanów, aby ukazać powierzchowność wykształcenia i „kultury notatnikowej” (np. o Amerykankach znających tylko nazwisko Rossetti, ale żadnego jego wiersza). Narodową metaforą kultury jest dla niego poker – gracze „nie pokazują kart”, ale też niczego realnie nie wnoszą.
Autor dochodzi do wniosku, że pomimo ogromnych możliwości i niezwykłej scenerii, Ameryka nie wytworzyła dzieł sztuki dorównujących najwyższym osiągnięciom Europy. Artyści albo uciekają na Stary Kontynent, albo pozostają twórczo niepełni.
Z pewnością ta krytyczna postawa wynika z bezpośrednich doświadczeń – przed napisaniem eseju Crowley odwiedził Amerykę dwukrotnie. Pierwsza wizyta trwała od lipca 1900 do początku 1901 roku, natomiast druga – od maja do końca czerwca roku 1906. Widział w USA kraj chaotyczny, odpychający w obyczajach i kulturze . Pisał: „Moja intelektualna opinia, jak i niemal wszystkie osobiste uprzedzenia, zmuszają mnie, bym potępił Stany Zjednoczone z absolutną pogardą i odrazą”.
Z drugiej strony wyczuwał potencjał: „A jednak duchowa intuicja, której nauczyłem się ufać znacznie bardziej niż rozumowi, upewnia mnie co do przyszłości tego narodu i przepełnia najgłębszą miłością oraz wiarą w niego.”
Esej został zauważony przez prasę brytyjską i amerykańską. „The Yorkshire Herald” zauważył, że autor „krytykuje sztukę tego kraju piórem, które prawdopodobnie zamoczono w kwasie siarkowym”. Natomiast „The Academy” sugeruje, że tekst wywoła takie oburzenie wśród dumnych amerykańskich patriotów, że będą oczekiwali Crowleya w swojej ojczyźnie z nabitymi rewolwerami. Szczęśliwie do niczego takiego nie doszło – Crowley przybył do USA w 1914 roku, gdzie obracał się wśród nowojorskiej artystycznej bohemy, miał swoją udaną malarską wystawę, a nawet pracował dla amerykańskiego wywiadu.
Tekst Sztuka w Ameryce przypomina nieco dokonania wiktoriańskich eseistów, jak Thomas Carlyle czy John Ruskin. Natomiast polemiczny ton, dygresje oraz ironiczne, wręcz satyryczne komentarze przywodzą na myśl język Lorda Byrona. Crowley, podobnie jak on, posługuje się taką konwencją celem krytyki społeczeństwa, hipokryzji i innych twórców.
Styl i treść jednoznacznie wskazują na świetne wykształcenie autora. Crowley posiada bogate słownictwo, poetycki język (np., „monotonia w jednej tonacji”), swobodę w operowaniu terminologią literacką i filozoficzną, znajomość klasyków literatury angielskiej i europejskiej, a także rozeznanie w scenie amerykańskiej.
W przeglądzie literatury bywa wnikliwy i konkretny, w sztukach wizualnych zna nazwiska i dokonania, natomiast w muzyce i w nauce można zauważyć uogólnienia (być może ograniczenia objętości tekstu nałożone przez wydawcę nie pozwoliły rozwinąć niektórych wątków), podparte bardziej europejskim kanonem i prowokacyjną retoryką niż spokojnym przeglądem faktów. Esej jest zdecydowanie celowo „wyostrzonym” manifestem krytycznym, a nie wyważoną panoramą kultury USA.
Wielka szkoda, że Crowley nie ukończył kolejnych części planowanego cyklu.
